Przejdź do głównej zawartości

No to siup.

Dziś mija 169 dni od pewnego czwartku, kiedy podczas konferencji Taoiseach Leo Varadkar ogłosił, że Irlandia zamyka wszystkie szkoły. Tamtego popołudnia nie byłam specjalnie zaskoczona: atmosfera od pewnego czasu robiła się nieco groźna, a mój mąż od od dwóch dni pracował już z domu "do odwołania". Ja sama z siebie przestałam korzystać z transportu publicznego i nie łaziłam po knajpach.

Zaskoczona zatem nie byłam, ale poczułam, że dzieje się coś wyjątkowego. Błyskawicznie wrzuciłam na siebie kurtkę z kapturem (wiało i padało, jak to w Irlandii) i pobiegłam do pobliskiego Tesco. Uwierzcie - to kwestia instynktu. W Irlandii, kiedy coś się dzieje, należy iść na zakupy. Tak było przed huraganem Ophelia, który uderzył w wyspę w 2017, skutkując zamknięciem kraju na dwa dni i tak samo było przed spadnięciem bezimiennego śniegu w 2018, który z kolei zamknął kraj na dni cztery (jeśli mnie pamięć nie myli). Tak było i tym razem: kwadrans po wystąpieniu Varadkara nasze osiedlowe Tesco pękało w szwach, a ja podobnie jak inni klienci biegałam bezradnie między półkami, niepewna, co właściwie powinnam kupić. Skończyło się na wielgachnym pudle z herbatą, którą mam do dziś.

Szkoły pierwotnie miały pozostać zamknięte przez dwa tygodnie, ale jak dziś wiemy, nie otworzyły się do końca roku szkolnego. Wkrótce potem Irlandia wprowadziła lockdown: zamknięto sklepy, poza spożywczymi i aptekami, zamknięto restauracje, część parków - dobra, jak chcę się wyrobić przed obiadem, powinnam pewnie skupić się na tym, czego nie zamknięto. Wprowadzono również ograniczenia w poruszaniu się - mieliśmy nie oddalać się od domu na więcej niż 2km, chyba że musieliśmy iść do pracy albo do lekarza.

Od tamtej pory minęło sporo czasu. Zmieniło się dużo, ale w porównaniu z wieloma krajami w Europie, Irlandia wciąż pozostaje w dużej mierze zamknięta, a to, co działa - działa z ograniczeniami. Ostatnimi czasy zauważyłam, że zaczyna to już trochę wpływać na moją psychikę - i stąd pomysł na prowadzenie czegoś w rodzaju publicznego dziennika z czasów irlandzkiej zarazy. Ma być trochę śmiesznie, trochę smutno. Mnie da możliwość wypisania się, a może ten czy ów z zainteresowaniem przeczyta o naszej irlandzkiej rzeczywistości.


Żeby było jasne:

- wierzę w istnienie Covida 19, jak również w to, że jest niebezpieczny,

- nie mam zamiaru nikogo namawiać do olewania zaleceń,

- nawet jeśli od czasu do czasu mam dość, a niektóre restrykcje działają mi na nerwy, nie planuję wyprowadzki z Irlandii, 

- szczepię siebie i dzieci.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lidl i refleksje

Byłam w Lidlu. Wyprawy do Lidla należą do jaśniejszych punktów mojego tygodnia - zawsze mają tam coś, czego do końca nie potrzebuję, ale dla czego zapewne znajdę zastosowanie. Ostatnio przywiozłam bardzo ładne deski do krojenia, dumna z tego, że oparłam się pokusie zakupu pasujących do nich termosów. W Lidlu pracuje pewien przystojny kasjer, który zawsze mnie zagaduje, kasując moje zakupy. Jakoś tak mi to pochlebia, nawet jeśli koleś jest ode mnie połowę młodszy, a podczas całej konwersacji widzi tylko połowę mojej twarzy, bo dolną jej część skrywa maska. Ostatnio powiedział mi, że w jego życiu dzieje się coś istotnego co dziesięć lat, a aktualną istotną rzeczą jest COVID. Nie wiem co takiego przytrafiło się mu dziesięć lat temu, ale sądząc z jego wieku, mógł to być jakiś przypał na imprezie z okazji jego jedenastych urodzin. Trochę się nabijam, ale facet jest przemiły, a ja od jakiegoś czasu cenię sobie rozmowy z ludźmi spoza rodziny i bliskiego kręgu znajomych. Kiedyś zdarzały mi...

29 sierpnia 2020, rano

 Wczorajszy wieczór - bardzo aktywny. Robiliśmy rzeczy zupełnie jak przed lockdownem i na kilka godzin, dokładnie to prawie 9 godzin, kompletnie zapomniałam o istnieniu COVID-19. Położyliśmy się spać zmęczeni i z poczuciem spełnienia. Przypominały mi się czasy sprzed prawie 4 lat, kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu. 4 lata młodsi, szczęśliwi, pełni wiary w przyszłość... Wczoraj wieczorem wróciliśmy do tamtych klimatów, tak jak i wówczas popijając wino, słuchając muzyki, stękając z wysiłku i ocierając pot z czoła. Mianowicie, od 18.30 do 3 nad ranem składaliśmy nowe łóżko naszego najstarszego dziecka. Nowe łóżko zawiera w sobie biurko, szafę, szafki, szuflady, schody i wreszcie, na samej górze, znajduje się łóżko właściwe. Z tym zapomnieniem o sytuacji epidemologicznej trochę przesadzam, bo o tym nie da się tak całkiem zapomnieć. Mój telefon wysyła co jakiś czas powiadomienia o różnych breaking newsach na zegarek, tak żebym była na bieżąco. Muszę to jakoś wyłączyć, bo kiedy sk...

9 września 2020. W oczekiwaniu na puby

  Plan był taki, że będę pisać irlandzki, koronawirusowy dziennik i w ten sposób podniosę sobie nieco morale, dość oklapłe przez całą sytuację. Metoda okazała się rewelacyjna: nastrój poprawił mi się tak bardzo, że o dzienniku kompletnie zapomniałam. Podobno żeby napisać dobrą książkę, trzeba być bardzo smutnym. To może wyjaśniać, czemu ja jeszcze żadnej nie stworzyłam, bo u mnie nastrój skacze to w jedną, to w drugą stronę, a do takiej książki to jednak wypadałoby pozostać zrozpaczonym przez dłuższy czas. No dobra, koronawirusowy dziennik leżał odłogiem w związku z tym, że w Irlandii otworzono szkoły i moje życie znów, po wielu miesiącach przerwy, znów skoncentrowało się wokół odprowadzania, przyprowadzania i wciskania czasu na zrobienie zakupów tam gdzie się da. Krokomierz bez specjalnego wysiłku z mojej strony znów pokazuje mi po kilkanaście tysięcy kroków dziennie, dzienną porcję Duolingo znów odbębniam udając się do placówki po potomstwo, a rano, tak jak to dawniej bywało, mus...