Plan był taki, że będę pisać irlandzki, koronawirusowy dziennik i w ten sposób podniosę sobie nieco morale, dość oklapłe przez całą sytuację. Metoda okazała się rewelacyjna: nastrój poprawił mi się tak bardzo, że o dzienniku kompletnie zapomniałam.
Podobno żeby napisać dobrą książkę, trzeba być bardzo smutnym. To może wyjaśniać, czemu ja jeszcze żadnej nie stworzyłam, bo u mnie nastrój skacze to w jedną, to w drugą stronę, a do takiej książki to jednak wypadałoby pozostać zrozpaczonym przez dłuższy czas.
No dobra, koronawirusowy dziennik leżał odłogiem w związku z tym, że w Irlandii otworzono szkoły i moje życie znów, po wielu miesiącach przerwy, znów skoncentrowało się wokół odprowadzania, przyprowadzania i wciskania czasu na zrobienie zakupów tam gdzie się da. Krokomierz bez specjalnego wysiłku z mojej strony znów pokazuje mi po kilkanaście tysięcy kroków dziennie, dzienną porcję Duolingo znów odbębniam udając się do placówki po potomstwo, a rano, tak jak to dawniej bywało, muszę wstawać o jakiejś nieludzkiej porze. Jednym słowem - stara rutyna.
Ale wczoraj uświadomiłam sobie, że jednak muszę tu wrócić, bo znów coś zaczęło się dziać.
Po pierwsze, Irlandia postanowiła, że jednak otworzy puby. Tak - u nas wciąż są zamknięte, w każdym razie te, w których nie serwuje się jedzenia. Podobno (tak twierdzą media) Irlandia zwlekała z tym najdłużej w Europie. Pierwotny plan zakładał, że puby otworzą się w sierpniu. Potem, ponieważ mieliśmy 4-15 potwierdzonych przypadków dziennie, uznano, że te puby, które serwują jedzenia, będą mogły się otworzyć wtedy co restauracje - czyli jakoś pod koniec czerwca. Otwarcie pozostałych pubów wciąż przekładano, bo liczba przypadków zaczęła znów rosnąć. Wygląda na to, że w końcu otworzą je na fali wzrostowej, bo wczoraj nagle ogłosili ponad 300 nowych przypadków. A wiecie - w kraju, w którym mieszka mniej niż 5 milionów ludzi to nie jest jakoś bardzo mało. Tak czy siak, na dzień dzisiejszy irlandzkie puby bez jedzenia nadal są zamknięte, a otwarcie podobno nastąpi 21 września. Ciekawostka: kiedyś bardzo mnie wkurzało, kiedy w knajpie chciano żebym poza piciem również jadła i lubiłam lokale, w których tego nie wymagano, a teraz, choć widzę zalety faktu otwarcia pubów, jakoś mi się do nich nie spieszy.
Po drugie, chodzą słuchy, że może coś zmieni się w kwestii podróży zagranicznych. Aktualnie podróż w miejsce inne niż jedno z "zielonej listy" oznacza konieczność ograniczenia poruszania się przez kolejne dwa tygodnie. Ta lista jest, nawiasem mówiąc, kompletnie od czapy, bo jest na niej np. Grenlandia (z której nie mamy tu szczególnie dużego napływu turystów) oraz Słowacja (w której, zdaje się, teraz wcale tak różowo nie jest), a nie ma Wysp Owczych.
Po trzecie, jak już wspomniałam dwa akapity wyżej, wczoraj ogłoszono w Irlandii ponad 300 nowych przypadków, w dodatku, jeśli dobrze rozumiem, zdecydowana większość mieszka gdzieś w mojej okolicy. Nie żebym przez to bała się wychodzić z domu (ten etap zaliczyłam w marcu), ale jakieś takie obniżenie komfortu psychicznego jednak występuje. Plus lekki lęk, że to już tak zostanie, albo będzie się pogarszać i te wszystkie rzeczy, które dopiero co otworzyli, znowu pozamykają.
Nie żebym z tych otwartych miejsc jakoś przesadnie korzystała. Ale serio, fajniej się idzie ulicą wzdłuż której toczy się jakieś życie, niż totalnie cichą i wyludnioną.
No i wiecie, ciągle mam jakąś nadzieję, że ten koncert Guns N' Roses w 2021 jednak się odbędzie.
P.S. W Lidlu nic ciekawego, poza bambusowymi koszami na pranie, których nie kupiłam, jako że mamy już cztery plastikowe.

Komentarze
Prześlij komentarz