Wczorajszy wieczór - bardzo aktywny. Robiliśmy rzeczy zupełnie jak przed lockdownem i na kilka godzin, dokładnie to prawie 9 godzin, kompletnie zapomniałam o istnieniu COVID-19. Położyliśmy się spać zmęczeni i z poczuciem spełnienia. Przypominały mi się czasy sprzed prawie 4 lat, kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu. 4 lata młodsi, szczęśliwi, pełni wiary w przyszłość... Wczoraj wieczorem wróciliśmy do tamtych klimatów, tak jak i wówczas popijając wino, słuchając muzyki, stękając z wysiłku i ocierając pot z czoła.
Mianowicie, od 18.30 do 3 nad ranem składaliśmy nowe łóżko naszego najstarszego dziecka. Nowe łóżko zawiera w sobie biurko, szafę, szafki, szuflady, schody i wreszcie, na samej górze, znajduje się łóżko właściwe.
Z tym zapomnieniem o sytuacji epidemologicznej trochę przesadzam, bo o tym nie da się tak całkiem zapomnieć. Mój telefon wysyła co jakiś czas powiadomienia o różnych breaking newsach na zegarek, tak żebym była na bieżąco. Muszę to jakoś wyłączyć, bo kiedy skręcasz szufladę naprawdę nie masz ochoty się dowiadywać, że twój minister zdrowia jeszcze kilka godzin temu chciał karać ludzi za siódmą osobę w ogródku (bo nie powinno się zapraszać więcej niż sześciu).
Ale wracając do łóżka, mam jedną radę. Jeśli kiedykolwiek zamówicie takie cholerstwo i będziecie się zastanawiać czy zapłacić pracownikowi sklepu za jego składanie, to uzależnijcie to, proszę, wyłącznie od Waszych możliwości finansowych. To jest jednak 9 godzin życia w plecy. Tylko jeżeli mieszkacie w Irlandii, to pilnujcie, żeby tym składaniem zajmowało się maksymalnie 6 osób spoza Waszego gospodarstwa domowego.
Komentarze
Prześlij komentarz