Przejdź do głównej zawartości

29 sierpnia 2020, rano

 Wczorajszy wieczór - bardzo aktywny. Robiliśmy rzeczy zupełnie jak przed lockdownem i na kilka godzin, dokładnie to prawie 9 godzin, kompletnie zapomniałam o istnieniu COVID-19. Położyliśmy się spać zmęczeni i z poczuciem spełnienia. Przypominały mi się czasy sprzed prawie 4 lat, kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu. 4 lata młodsi, szczęśliwi, pełni wiary w przyszłość... Wczoraj wieczorem wróciliśmy do tamtych klimatów, tak jak i wówczas popijając wino, słuchając muzyki, stękając z wysiłku i ocierając pot z czoła.

Mianowicie, od 18.30 do 3 nad ranem składaliśmy nowe łóżko naszego najstarszego dziecka. Nowe łóżko zawiera w sobie biurko, szafę, szafki, szuflady, schody i wreszcie, na samej górze, znajduje się łóżko właściwe.

Z tym zapomnieniem o sytuacji epidemologicznej trochę przesadzam, bo o tym nie da się tak całkiem zapomnieć. Mój telefon wysyła co jakiś czas powiadomienia o różnych breaking newsach na zegarek, tak żebym była na bieżąco. Muszę to jakoś wyłączyć, bo kiedy skręcasz szufladę naprawdę nie masz ochoty się dowiadywać, że twój minister zdrowia jeszcze kilka godzin temu chciał karać ludzi za siódmą osobę w ogródku (bo nie powinno się zapraszać więcej niż sześciu). 

Ale wracając do łóżka, mam jedną radę. Jeśli kiedykolwiek zamówicie takie cholerstwo i będziecie się zastanawiać czy zapłacić pracownikowi sklepu za jego składanie, to uzależnijcie to, proszę, wyłącznie od Waszych możliwości finansowych. To jest jednak 9 godzin życia w plecy. Tylko jeżeli mieszkacie w Irlandii, to pilnujcie, żeby tym składaniem zajmowało się maksymalnie 6 osób spoza Waszego gospodarstwa domowego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lidl i refleksje

Byłam w Lidlu. Wyprawy do Lidla należą do jaśniejszych punktów mojego tygodnia - zawsze mają tam coś, czego do końca nie potrzebuję, ale dla czego zapewne znajdę zastosowanie. Ostatnio przywiozłam bardzo ładne deski do krojenia, dumna z tego, że oparłam się pokusie zakupu pasujących do nich termosów. W Lidlu pracuje pewien przystojny kasjer, który zawsze mnie zagaduje, kasując moje zakupy. Jakoś tak mi to pochlebia, nawet jeśli koleś jest ode mnie połowę młodszy, a podczas całej konwersacji widzi tylko połowę mojej twarzy, bo dolną jej część skrywa maska. Ostatnio powiedział mi, że w jego życiu dzieje się coś istotnego co dziesięć lat, a aktualną istotną rzeczą jest COVID. Nie wiem co takiego przytrafiło się mu dziesięć lat temu, ale sądząc z jego wieku, mógł to być jakiś przypał na imprezie z okazji jego jedenastych urodzin. Trochę się nabijam, ale facet jest przemiły, a ja od jakiegoś czasu cenię sobie rozmowy z ludźmi spoza rodziny i bliskiego kręgu znajomych. Kiedyś zdarzały mi...

9 września 2020. W oczekiwaniu na puby

  Plan był taki, że będę pisać irlandzki, koronawirusowy dziennik i w ten sposób podniosę sobie nieco morale, dość oklapłe przez całą sytuację. Metoda okazała się rewelacyjna: nastrój poprawił mi się tak bardzo, że o dzienniku kompletnie zapomniałam. Podobno żeby napisać dobrą książkę, trzeba być bardzo smutnym. To może wyjaśniać, czemu ja jeszcze żadnej nie stworzyłam, bo u mnie nastrój skacze to w jedną, to w drugą stronę, a do takiej książki to jednak wypadałoby pozostać zrozpaczonym przez dłuższy czas. No dobra, koronawirusowy dziennik leżał odłogiem w związku z tym, że w Irlandii otworzono szkoły i moje życie znów, po wielu miesiącach przerwy, znów skoncentrowało się wokół odprowadzania, przyprowadzania i wciskania czasu na zrobienie zakupów tam gdzie się da. Krokomierz bez specjalnego wysiłku z mojej strony znów pokazuje mi po kilkanaście tysięcy kroków dziennie, dzienną porcję Duolingo znów odbębniam udając się do placówki po potomstwo, a rano, tak jak to dawniej bywało, mus...